Życie bez pasji zabija

Życie bez pasji zabija

Ostatnio  na jednym ze spotkań  wpadła mi dość ciekawa myśl. W życiu często mówimy o pasjach. Nierzadko sam w rozmowach duchowych mówię – znajdź  swoją pasję! Często też słyszę – nic mnie nie cieszy, nie potrafię znaleźć tego, co mnie interesuje, jestem ciągle niezadowolony.

Dla mnie  osobiście – pasja – to pewna droga do osiągnięcia konkretnego celu. Nie cel  sam w sobie. Choć zdobycie Go  przynosi radość. Mam świadomość, że na ziemi nie zdobędziemy takiego celu, który w pełni by zadowolił, wypełnił. Taki cel odkrywa się wyłącznie w  samym Bogu. Przypuśćmy – ostatnio popsuł mi się laptop, więc moim celem było kupno nowego. To, co najbardziej mnie fascynowało – to ciekawość jaki będzie ten nowy, oraz samo oczekiwanie, często rezygnacja z czegoś przyjemnego, bo przecież trzeba było mieć pieniądze, aby go kupić. Kiedy cel został osiągnięty  – emocje minęły. Laptop  zdobyłem – byłem zadowolony. Ale kiedy już poznałem jego możliwości  euforia minęła. Niestety – rzeczy materialne są skończone, a więc i szczęście jest skończone… 🙁 Po pewnym czasie zauważyłem, że pojawiają się inne, nowe pragnienia. I tak w kółko…

Czemu by w takim razie nie znaleźć jakiegoś celu, który będzie kończył się śmiercią, a  zdobycie go będzie dawało  nieskończoną radość? Chodzi o to, że całe życie będzie fascynujące, ponieważ jego celem będzie zdobycie tego, na co się przez cały czas pracuje. Oczywiście, szczęściem trwającym wiecznie będzie Bóg. Bo kiedy Go ujrzę twarzą w twarz – euforia nie minie. Ale dojrzewanie do spotkania z Bogiem dokonuje  się przez codzienność. Co za tym idzie musimy również szukać celów innych. Przypuśćmy – dla narzeczonych celem ma nie być ślub – bo okres od poznania się do ślubu będzie najlepszy – a kiedy cel się osiągnie (małżeństwo), to wróci szara codzienność – tylko, że z dodatkowym „balastem”. nie można więc tylko patrzeć  na okres narzeczeństwa w ten sposób, że „byle do ślubu” – bo ślub to tylko pewien etap, powiedziałbym nawet – początek drogi. Jeśli na chodzenie ze sobą będzie się spoglądało przez pryzmat życia razem do śmierci, a w małżeństwie będzie się odkrywało drogę do zdobycia celu, przez budowanie w sobie tożsamości męża, żony, matki, ojca itd., to wtedy całe życie będzie dojrzewaniem i będzie fascynujące – przez  upadki i powstania. Ta droga stanie się prawdziwą pasją – w której będzie coś z ekscytacji i coś z cierpienia. Ale sam ten proces będzie czymś  porywającym.

Tak samo jest ze świętością – pragnienie zostania świętym, powoduje, że zaczynam się strać żyć tak, aby ją osiągnąć. To jest mój cel! Dlatego, każde zejście z drogi ku świętości staje się motywacją, aby więcej wymagać, aby szukać pomocy, powstawać i zmieniać się.  To będzie ciekawe życie, w którym nigdy się nie powie, że cel został osiągnięty. Jego kresem będzie  finał mojego życia na ziemi.

To samo jest z wieloma innymi pasjami. Bycie lekarzem, nauczycielem nie kończy się wraz ze zrobieniem odpowiedniej aplikacji czy awansu zawodowego. Gdyby tak było, to ów zawód już nie byłby pasją, ale zwykłym rzemiosłem, w którym zaczynamy się męczyć. To, co robię ma być sensem mojego życia – po jego kres.

Mam nadzieję, że dobrze zostałem zrozumiany. Jeśli więc dziś ktoś mi mówi, że jest nieszczęśliwy, to albo nie znalazł pasji w swoim życiu – czyli celu, sensu – albo ją znalazł tylko, że nic nie robi w tym kierunku by ją zdobyć. Są pewnie jeszcze tacy ludzie, którzy szukają czy żyją pasjami chwilowymi. One szybko się kończą – a człowiek zdobywszy wszystko – nie widzi sensu życia lub pragnie nowych wrażeń, kończących się równie szybko jak się pojawiających.

Być szczęśliwym to być na właściwej drodze w zdobywaniu szczytów, celów. Każde zejście z tej drogi będzie wnosiło niepokój i smutek.