W spirali pragnień

W spirali pragnień

„Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przy odziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo Boga i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane”. Mt 6, 32-33. Śledząc ten fragment zastawiałem się nad jednym, co mogę na ten temat powiedzieć? Najlepiej byłoby zapytać jak to jest, z tym troskaniem się – i życiem w biedzie tych, którzy, rzeczywiście tak mają – tych, którzy cierpią głód, nie mają gdzie spać, nie mają w co się przyodziać itd. Patrząc na siebie uzmysławiam sobie, że bardziej patrzę na rezygnację z czegoś w perspektywie zrzucenia kilku kalorii, wtedy też mogę mówić, co to znaczy być głodnym, gdy nie wiem w co się ubrać, bo nic mi nie pasuje, czy wreszcie, kiedy jestem w podróży i zaczynam szukać czegoś co kojarzy mi się z gwiazdkami – oczywiście nie na niebie – ale przy napisie hotel… Łatwo jest mówić o troskaniu się kiedy wiele się posiada… Nigdy nie będę w pełni rozumiał tych, którzy wszystko utracili – kto wie, może i kiedyś ja stanę przed taką ewentualnością. Co więc dziś mogę napisać – cóż, wiele mam! – ale jednocześnie uzmysławiam sobie, że wiele też w życiu mi brakuje… Chciałbym być w wielu rzeczach najlepszy, niekiedy czuję niezadowolenie z siebie i niedosyt, jak ktoś inny jest mądrzejszy niż ja, jak ktoś inny jest bardziej kreatywny, jak ktoś inny jest ładniejszy, silniejszy, sławniejszy, bardziej twórczy – pewnie można by jeszcze wiele wymieniać. Po dłuższy zastanowieniu, okazuje się jak bardzo jestem ubogi – może nie w rzeczach typowo materialnych, ale w wielu innych. Kiedy tak coraz bardziej o tym myślę, to jednocześnie nasuwa mi się myśl – co zrobić, aby to zmienić. Jak daleko mogę się posunąć, aby „zasypać” wszystkie te braki. Można by -to robić poprzez wytężoną pracę, która nie zawsze przynosi oczekiwane skutki. Niektórzy to robią poprzez, zepchnięcie tego gdzieś bardzo głęboko – i obwarowaniem tego jakąś wyjątkową „strażą” ostrożności, dumy, elastyczności… A może właśnie iść drogą – która będzie swoistego rodzaju uznaniem tego, jakim jestem,zaakceptowaniem siebie… Braki dotykają każdego z nas. Wsłuchujemy się w głos świata, który mówi, że musisz być idealny, musisz być bohaterem. Podążając za głosem świata – chcąc go doścignąć – coraz bardziej uświadamiam sobie, że nie jest dobrze, bo ideał jest coraz dalej, a ja coraz więcej błędów popełniam, a i sił zaczyna brakować. I oto, pojawia się to, co nazywa się zbytnim zaufaniem wobec mamony. Ufam światu, który mówi mi o szczęściu – a którego jakoś nie widać… Biegnę za pomysłami świata, który coraz więcej ode mnie wymaga… Bóg ma inne spojrzenie – On widzi moje braki, ale nie mówi mi, że jestem do niczego, że jestem śmieszny w Jego oczach. Nigdy mi Nie powiedział, że jestem – nic nie wart, ale za każdym razem mówi, jeśli chcesz to Cię będę kochał… Moja miłość Cię uszlachetni, wypełnię Twoje braki sobą. Popatrz jesteś wyjątkowy, odkryj w sobie potencjał, który masz i bądź z siebie dumny. Naśladuj mnie w miłości – a będziesz mógł innych podnosić na duchu, zasypując swoją dobrą postawą – ich braki i kompleksy. Nigdy nie powiesz, że ktoś jest gorszy – bo sam wiesz, jak słaby jesteś. Nigdy nie powiesz, że ktoś nie jest niczego wart, bo miłość nadaje godność… Taka postawa niesie pokój i rodzi zaufanie… Nigdy nie będziesz pełny bez Boga – zawsze będzie ci czegoś brakować – Tylko Bóg – daje człowiekowi pełną komplementarność… W Nim odnajdujemy pełnię…