Ściągnąć maskę

Ściągnąć maskę

Po długiej przerwie powracam. Na forum od Martyny dostałem zadanie „Mógłby ksiądz coś napisać o noszeniu masek. Dlaczego musimy tak wiele ukrywać; nie możemy byś po prostu sobą”. Oczywiście możemy być sobą – to kwestia wolności i wyboru. Problem tkwi w tym, że nie zawsze czujemy się wolni. Być sobą to również odkryć prawdę o sobie. Może spróbuję to nieco naświetlić. Tydzień temu w mojej szkole w Plastyku – gościłem siostrę bezhabitową. W jednaj z klas zadała pytanie – napisz – Kim jesteś? Uderzyło mnie to, że klasa w ogóle nie zainteresowała się tym pytaniem. Później zostało ono skomentowane, że przecież to oczywiste! Jaki sens jest zadawać takie pytania? Później od zdania – do zdania – uczniowie stwierdzili, że jednak, to już nie jest tak oczywiste – bo choćby stwierdzenie – „jestem człowiekiem” – i rozwinięcie tej odpowiedzi napotyka na różne interpretacje owego człowieczeństwa. Przecież człowiek może się zezwierzęcić. Uczniowie więc stwierdzili, że wolą nie odpowiadać na takie pytanie bo są one zbyt osobiste. Wreszcie doszli do wniosku, że trochę boją się prawdy o sobie. Wolą żyć powierzchownie, z dnia na dzień – realizując to co im dzień przyniesie – uważają, że tak jest wygodniej – z czym poniekąd się zgadzam… Myśląc jednak długofalowo – warto od czasu, do czasu zadać sobie takie pytanie – aby móc np. odpowiedzieć sobie na pytanie – Co chcę w życiu robić? To pierwszy krok do odkrywania w sobie wolności. Pojawia się jednak kolejny problem – zazwyczaj odkrywam, że nie jestem ideałem – mam swoje wady. Z tym jakoś jeszcze można sobie radzić – walcząc z nimi, akceptując pewne braki czy wreszcie ufając Stwórcy. Gorzej jest gdy owa słabość wprowadza mnie ciągle w jakiś stan grzechu. Zaczyna mi brakować – przysłowiowego tlenu – kiedy błędy zaczynają mnie dusić. I tutaj pojawia się problem naszych masek – człowiek, trwający w grzechu, chce go jakoś zatuszować, ukryć – aby to co, niszczy godność, ośmiesza, budzi wstyd – nie wyszło na jaw. Im więcej brudu w nas, tym więcej masek (osłon) zakładamy na siebie. Chcemy się chronić przed ośmieszeniem. Nie czyni – to naszego życia komfortowym. Co za tym idzie – zaczynamy być niewolnikami tych masek – nie wychodząc bez nich z domu. Jest jeszcze jeden rodzaj masek. One wynikają z naszego pragnienia czy pożądania. Budowane są na fundamencie egoizmu. Zazwyczaj wynikają z tego, ze odkrywamy w sobie wiele braków i potrzeb. Chcemy je zaspokoić. Aby to osiągnąć często posługujemy się  – grą. Można żyć wobec innych iluzją – budując na niej swoją wartość. Często swoje wydumane EGO.  I tak całe życie można grać! Czy jest na to lekarstwo? Jest – zaczyna się ono wtedy, gdy już nie dajemy sobie rady z udawaniem i kłamstwem. Kiedy to wszystko nas przerasta. W tak beznadziejnym położeniu jedynym lekarstwem – jest Boże miłosierdzie i ufność. Zaufanie Bogu wyzwala w nas poczucie, że mogę pokochać siebie i swoje życie. Ten, który był u moich początków przebaczył mi. Czuję się osobą czystą, a zarazem odkrywam w Nim swoją wartość. On wypełnia moje braki. W nim czuję się na właściwym miejscu. Mimo, że świat się nie zmienia – to ja inaczej patrzę. Nie muszę udawać przed nikim – BO WIEM KIM JESTEM – w Bogu. Dbając o swoją świętość (wymagając od siebie) nie będę czuł brzemienia grzech. Zresztą – wiem, ze nie jestem ideałem – ale Bóg takiego mnie kocha. A jeśli słabość mi towarzyszy – to może i ona jest mi doc czegoś potrzebna. Ale po co udawać, że jej nie mam. Bóg wpisał ją w moją ekonomię życia. c.d.n.