Sąd...

Sąd…

„(…) A Król im odpowie: «Zaprawdę powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili» (…)”. Mt 25,31-46. Przytoczyłem tylko fragment długiego opisu Sądu Ostatecznego, warto przeczytać go w całości. Dziś jadąc samochodem w radio usłyszałem ciekawy komentarz. Spróbuję sparafrazować jedno ze zdań. W naszym postępowaniu nie chodzi tylko i wyłącznie o to, aby czynić dobro dla samego dobra, czy tylko w imię dobra drugiego człowieka. To przecież czynić może każdy. Dla nas ludzi wierzących pojawia się jeszcze jeden bardzo ważny argument – dobro powinniśmy czynić ze względu na to, iż Bóg umiłował sobie szczególnie tych najsłabszych – wręcz utożsamiając się z nimi. Stając się ostatnim. To on postanowił szczególnie przemawiać do nas przez nich. Widząc ludzi w potrzebie – powinniśmy dostrzegać w nich Boga. Oni stają się Jego wyjątkowym obrazem. Problem polega na tym, że nie wiemy, kto dziś jest ubogim, nagim, chorym…? Często oszukiwani przez ludzi – tracimy zaufanie, a w konsekwencji wrażliwość. Czy jest na to jakieś lekarstwo? Myślę, że nie wyeliminujemy z naszego życia ludzi, którzy oszukują. Bo mimo wszelkich obwarowań i naszej ostrożności, ktoś i tak może nas zrobić na „szaro”. Jeśli więc tak wygląda życie, to czy jednak należy rezygnować z różnych form pomocy i miłosierdzia… Myślę, że nie – uczymy się często na błędach i mimo, że coraz bardziej z rezerwą podchodzimy do różnych osób, to jednak też pamiętamy aby wierzyć – nie tylko im – ale też w nich, że mogą się zmienić i podźwignąć. Może czasem zrezygnować ze swoich przyzwyczajeń. Pomoc powinna płynąć z serca, ale nikt nie powiedział, że nie powinna być rozumna. Należy uczyć się pomagać innym, nie tylko poprzez wrzucenie kilku groszy do jednorazowego kubka – często tylko po to, aby uciszyć sumienie – ale może warto porozmawiać z nimi i zapytać się, czy coś dana osoba robiła w kierunku, aby zmienić swój aktualny stan i co się stało, ze się w nim znaleźli. Po krótkiej rozmowie można wiele wyczuć – czy ktoś nas okłamuje, czy nie. Może, to też będzie okazja do jakiejś bardziej konstruktywnej pomocy… Sam długo się zastanawiałem nad tym jak pomagać. Nie jest to łatwe – ale może należy szukać różnych sposobów. Ten wyżej podany to oczywiście jeden z palety wielu możliwości… Ważne jest jedno – aby nie zgubić w nich tego obrazu Boga, aby nigdy nie podchodzić do drugiego człowieka z przekonaniem jakiejś wyższości czy ignorancji – jeszcze raz przypominam w nich jest obecny Bóg – w ich sytuacji, problemach, zmartwieniach… A jeśli tak, to napewno lepsi nie jesteśmy –  bo Bóg już wcześniej – przez miłość do nich – nadał im szczególnej godności i świętości…. I po drugie to nie ja jestem sędzią człowieka – ale Bóg i czyny tego, który przed Nim stanie.