Ratunku - mam kryzys...

Ratunku – mam kryzys…

Tak blisko – a jednak tak daleko siebie… „Miałem w swoim kapłańskim życiu, chwile trudne…” tak brzmi odpowiedź, wobec pytań, które często są mi zadawane. Kapłaństwo nie jest drogą usłaną różami, które już dawno porzuciły kolce. Przez sam fakt nałożenia rąk przez biskupa, człowiek się nie zmienia. Owszem, zmienia się jego położenie – staje się posłanym ku „nowej drodze”. Ale sam człowiek idzie ze swoim bagażem doświadczeń i przyzwyczajeń. Doświadczenie kryzysu staje się lekcją… Dla mnie osobiście – lekcją pokory wobec życia. Nauczyłem się tego, że nic w życiu nie jest pewne, nic nie jest jasne… Przez swoje życie stąpam ostrożnie. To jak w piosence Grzegorza Turnaua – „Jak linoskoczek – ostrożnie idę poprzez świat”. Dlaczego napisałem na wstępie  – „Tak blisko – a jednak tak daleko?” Kryzys nauczył mnie jeszcze jednej rzeczy, że najczęściej przeżywa się go w samotności… Rozmawiałem z moimi kolegami, oni również doświadczali podobnych stanów i podobnie jak ja byli sami… Zadałem sobie pytanie – dlaczego tak się stało, gdzie byli wtedy znajomi i przyjaciele? Przecież jesteśmy tak blisko siebie, mieszkamy niedaleko? W czym tkwi problem, aby zadzwonić do siebie, odwiedzić się… Patrząc na swoje życie, z jednej strony potrzebowałem wsparcia, z drugiej zaś brakowało sił, aby szukać pomocy. Człowiek w chwilach słabości zostaje sam ze sobą, uznając, że nikt nie jest w stanie mu pomóc. Oczywiście pojawiają się ludzie, którzy chcą się dzielić swoimi problemami, ale i tak jest to pewna forma maskowania tego, że w konsekwencji pozostajemy sami na polu walki o swoje życie… Może rzeczywiście, kryzysy trzeba w ten sposób przeżywać – jako samodzielne zmaganie się ze sobą. Choć z drugiej strony, każdy w sercu głęboko ma wyryte, że dobry gest ze strony drugiej osoby, może stać się imperatywem do szybszego wychodzenia z owego impasu. Uświadomiłem sobie, że bliskość w takich wypadkach nie zależy od kilometrów, ale od zrozumienia drugiego. Można mieszkać obok – a być daleko – mijając się z uśmiechem na twarzy i nie widząc tragedii ducha tej drugiej osoby. Można też mieszkać daleko – a mieć z kimś stałą wieź – również na modlitwie. Z jednej więc strony samotność – a z drugiej pragnienie bliskości. Kryzys więc jest trwaniem pomiędzy. Aby go pokonać, trzeba przejść przez pustynie samotności i znaleźć w niej światło nadziei, którą niosą Ci, którzy podobne doświadczenie mieli. Chciałbym jak najczęściej znajdować bliskich, kapłanów, znajomych, przyjaciół – na mojej samotnej drodze, w momencie kiedy ogarnia mnie mrok.