Osamotnienie... czy to da się przeżyć?

Osamotnienie… czy to da się przeżyć?

Kilka lat temu byłem na rekolekcjach we wspólnocie Focolare. Był to bardzo owocny czas… Pamiętam do dziś jeden z głównych wątków, który był poruszany na spotkaniach. Jak refren przewijało się zdanie – Jezus przez całe życie był osamotniony! Na pierwszy rzut oka, ktoś powie – no chyba ksiądz kpi… Przecież towarzyszyli mu ludzie, szczególnie obecni byli Apostołowie. Ale jak się tak mocniej przyjrzeć, to okazuje się, że i oni o Nim zapominali. Może kilka przykładów tej samotności: sam na pustyni, kuszony przez szatana, często na modlitwie, niezrozumiały przez ludzi, Apostołów a nawet przez soją Matkę, sam chodził po wodzie, samotny na modlitwie w Ogrodzie Oliwnym, osamotniony w cierpieniu i wreszcie w umieraniu – kiedy woła – Boże mój Boże czemuś mnie opuścił… Ta samotność oczywiście splatała się z różnego rodzaju relacjami, ale w ważnych momentach nikogo nie było, albo nikt Go nie rozumiał. Osamotnienie należy do części naszego życia. To, co jest najtrudniejsze w samotności, to brak poczucia, że jest się jeszcze komuś potrzebnym. Niestety pojawiają się i takie sytuacje, że uciekamy w samotność, bo doświadczyliśmy jakiegoś zranienia. W takich sytuacjach człowiek zastanawia się, czy ma jeszcze dla kogo żyć, komuś coś przekazać. To bardzo dramatyczne momenty, które często ludzi prowadzą do depresji, czy załamania. W związku z tym, ja osobiście szukam pomocy w osobie Chrystusa, który nie był inny od nas w człowieczeństwie. To co, Chrystus wiedział o sobie, to znał swoją tożsamość – bo zanim wyszedł na pustynię Duch Święty zstąpił na Niego, a z nieba dał się słyszeć głoś – „To jest mój Syn umiłowany”. Po drugie znał cel swojej misji – „przyszedłem po to, aby pełnić wolę Ojca”. Te dwa elementy stają się ogromną siłą do przezwyciężania samotności, która nas dopada. Odkryć w sobie swoje pochodzenie, odnaleźć swoją tożsamość. Kiedy wiem kim jestem, to też znam swoje możliwości – i wiem na co mnie stać. Mierząc swoje siły i powołanie, na zamiary, mogę wyjść z impasu bezsensowności. Ta sytuacja również powinna stać się okazją do przypomnienia sobie, że jestem dzieckiem Bożym 🙂 Po drugie muszę mieć cel. Wiedzieć, że to co zrobię ma sens, znaczenie. Nawet gdyby to była jakaś mała rzecz, warto się pytać, co ona może komuś dać. To co czynił Chrystus dało możliwość zbawienia. Zakończyło się triumfem zmartwychwstania. Moje życie może, nie przyniesie tak wielkiego owocu, ale może rzeczywiście stawać się dla innych, elementem zbawiennym, choćby nawet przez ciche świadectwo, że samotność czy osamotnienie, nie zawsze musi przynosić załamanie, a może to właśnie w samotności znajdzie się nowy impuls, do jakiejś swojej osobistej przemiany… kto wie…. Niech Chrystus przygarnie Cię do siebie i przytuli – abyś w Nim poczuł się kochany. c.d.n.