Najbardziej niebezpieczna choroba - obojętość

Najbardziej niebezpieczna choroba – obojętość

Ostatnio w rozmowie z moim znajomym pojawił się dość ciekawy wątek. Wyszliśmy od tematu, że są w śród nas ludzie, którzy potrzebują pomocy, bo są postawieni przed różnego rodzaju skrajnymi informacjami i dylematami. Trudno im się zorientować w świecie, co jest prawdą, a co nie! Nawet jeśli szukają pomocy to nie wiadomo, w którą stronę mają iść. Poszło więc o to, że wiele osób doświadcza w swoim życiu jakiejś wewnętrznej pustki – osłabienia. Ciekawe jest to, że owa wyrwa, spowodowana często grzechem, rodzi też inne konsekwencje takie jak obojętność, oschłość, bierność itp. Nie chodzi mi o to, aby wszystko do grzechu sprowadzać i koncentrować się na ludzkich słabościach, przecież nie tylko one stanowią o człowieku, ale chciałbym uchwycić pewną zależność słabej kondycji ducha – ze słabą kondycją ciała. Grzech jest jak pocisk, który rozrywa „tkankę duchową”. Człowiek już rodząc się ze skazą grzechu pierworodnego – doświadcza słabości. Dlaczego? Nawet jeśli ów grzech zostaje zmazany w sakramencie chrztu świętego – to jego konsekwencje zostają… Żeby sobie to lepiej wyobrazić – każda choroba, która kończy się operacją – pozostawia bliznę i osłabia organizm. Nawet jeśli wracamy do pełni sił, już nie jest tak samo jak przed. – Wracam do ducha ludzkiego. Osłabiony duch jest bardziej podatny na infekcję. Co najlepsze – często stosowane zabiegi – aby chronić ducha mogą się stawać coraz mniej skuteczne. Spotkałem wiele osób, które nawet sakrament pokuty i pojednania – traktowali już jako „prysznic” – nie myśląc o swoim nawróceniu. Po prostu – przeciągająca się w ich życiu choroba – odebrała im wiarę… Albo sami doświadczyli tak wielkiego zmęczenia walką z grzechem, że „spasowali”, albo popadli w inną skrajność – bierność. Najgorszym skutkiem takiej choroby jest ucieczka w obojętność. Bardzo trudno jest współpracować z takimi osobami. Najczęściej uważają, że temat ducha i wiary ich nie interesuje. Im jest dobrze – tak jak jest! Problem pojawia się nie tylko na płaszczyźnie wiary jeśli chodzi o próbę jakiegokolwiek dialogu. Ostatnio przeglądałem kilka programów profilaktycznych dla osób uzależnionych. Ciekawe jest to, że wszystkie, które zdołałem przejrzeć, zaczynały się od tematów, związanych z poznawaniem siebie, odkrywaniem swojej wartości, poszanowaniem itp. Wszystko jest jak najbardziej na swoim miejscu – choć zastanowiła mnie jedna rzecz – wszystkie takie programy są dla osób, które rozumieją, że ich życie stało się puste, coś ich zaczęło niszczyć. Pozostaje jednak ta ogromna część ludzi, których wnętrze jest rozszarpane, zniszczone – a nie dotarli do owej świadomości, że ich położenie jest złe, ale żyją ową obojętnością, dość płytko podchodząc do wielu spraw, tak aby jak najskuteczniej ominąć pytanie –  kim dziś jestem? I tu pojawia się mój największy problem – jak dotrzeć do ludzi, których życie obiektywnie nie przynosi dobra, a zarazem nie są zainteresowani propozycją innej drogi – bo takiej potrzeby nie widzą. Uważają, że jest wszystko ok. Niech inni się martwią… Czy jest jakiś sposób zaszczepienia w nich choćby wcześniej zadanego pytania o to, – kim jestem dziś? Chciałbym odkryć drogę do takich osób, żeby choć na chwilę oderwać ich od tzw. łatwego i przyjemnego życia, aby zatęsknili za czymś większym, wartościowszym. Aby potrafili odkryć w sobie potencjał do wyższych rzeczy… Aby zrozumieli, że Bóg powołał ich do budowania Królestw Bożego na ziemi –  jeśli tylko próbują wierzyć, a jeśli nie, to, że życie nie tylko opiera się na przyjemności… nie wiem czy ktoś będzie w stanie zrozumieć mój tok myślenia – bo dziś może jest on wyjątkowo chaotyczne – ale chciałbym, aby Ci, którzy będą łaskawi to przeczytać – poczuli pragnienie nieusypiana swojego życia, ale ciągłego pobudzania go do pójścia pod prąd…