KOPERNIKAŃSKIE ODKRYCIE - czy codzienność?

KOPERNIKAŃSKIE ODKRYCIE – czy codzienność?

„Niedopuszczanie ubogich do udziału w swych własnych dobrach oznacza kradzież i odbieranie życia. Nie nasze są dobra, które posiadamy – należą one do ubogich”. „Najpierw trzeba zadośćuczynić wymaganiom sprawiedliwości, by nie ofiarować jako darów miłości tego, co się należy z tytułu sprawiedliwości”.
„Gdy dajemy ubogim rzeczy konieczne, nie czynimy im ofiar osobistych, ale oddajemy im to, co należy do nich; spłacamy raczej powinność sprawiedliwości, niż wypełniamy dzieła miłosierdzia”  – Święty Jan Chryzostom

Dla wielu wierzących, którzy czytają ten starożytny tekst, a który umieszczony jest również w Katechizmie Kościoła Katolickiego myślę, że będzie to tzw. „kopernikańskie odkrycie”. Jeśli chcemy komukolwiek pomóc – to najpierw trzeba wyjść od kwestii sprawiedliwości. Często w życiu się do niej odnosimy. Czym ona jest w pojęciu chrześcijańskim?

„Św. Augustyn – sprawiedliwość ujmował w sensie religijnym i prawnym. W pierwszym pojmuje ją jako świętość życia, to znaczy, że człowiek akceptuje wolę Bożą i angażuje się w służbę bliźniego. W drugim przypadku cnota sprawiedliwości w sensie prawnym jest fundamentem porządku społecznego i zobowiązuje człowieka do ciągłej gotowości niesienia pomocy drugiemu człowiekowi

John Rawls, wpływowy amerykański myślicieli XX wieku, twierdzi, że „sprawiedliwość jest pierwszą cnotą instytucji społecznych” O tej cnocie najkrócej można powiedzieć, iż polega „na gotowości oddawania każdemu tego, co mu się należy” (por.Sprawiedliwość w nauczaniu Kościoła Katolickiego – Ks. Waldemar Wesoły SVD)

Oczywiście nie przytaczam tutaj wszystkich innych koncepcji, a jest ich wiele. Chodzi bardziej o to, aby zrozumieć, że z jednej strony należy wypełniać wolę Boga, a z drugiej, aby miało ono odzwierciedlenie w relacjach, w społeczeństwie.

Ok – mamy uczyć się dzielić sprawiedliwie wszelkimi dobrami. Nasuwa się pytanie – co z tego jest z miłości, a co ze sprawiedliwości? Mówimy często, że z miłości komuś coś ofiaruję… Należy jednak najpierw się zapytać, czy oby na pewno? Skoro dobra tego świata, nie są moją własnością – one są dziełem Boga – to można wyjść z założenia, że wszystko co daje ubogim, jest tylko jakimś zwrotem, tego co mam w nadmiarze. Przecież to, co im daje też jest ich. Bóg nie powiedział – tej grupie ludzi daję świat w posiadanie, a ta druga grupa niech prosi tych, co mają, aby się podzielili. Wszyscy jesteśmy zarządcami ziemi. Jeżeli więc coś daje – niby z miłości – to nic innego nie robię jak zwracam, nadmiar.

Dopiero od tego momentu zaczyna się czyn z miłości – tzn. kształtuję w sobie umiejętność rezygnacji, tzn. staję się ubogim wobec tego świata. Oddaję to, co mi się należy ze sprawiedliwości. Robię to w dobrowolny sposób. Obdarowuję osobę, którą kocham już nie tym, co mam w nadmiarze, ale tym co, jest moje, co jakby ze sprawiedliwości do mnie należało. Przypuśćmy – każdy z nas ma prawo do wolności, ktoś może być jej pozbawiony niesłusznie, a więc powinien mieć ją zwróconą. Dając komuś wolność – nie muszę tracić swojej. Ale odkrywając do tej osoby miłość,  jestem gotowy zrezygnować dla tej osoby z siebie, aby ją uszczęśliwić. Oto miłość!

Kolejność więc jest następująca – najpierw zwracam ze sprawiedliwości, a później rezygnuję z miłości.

Resumując – zadaję sobie tradycyjnie pytanie – ile rzeczy zrobiłem z miłości, a ile tylko ze sprawiedliwości? Kiedy w Piśmie Świętym czytam, że z miłości będziemy sądzeni zaczynam sobie uświadamiać, jak jeszcze mało jej we mnie…