Już prawie chciałem być księdzem

Już prawie chciałem być księdzem

Wielokrotnie w rozmowie ze studentami słyszałem takie zdanie – proszę księdza – kiedyś myślałem o tym, aby pójść do seminarium – ale się nie zdecydowałem. A to dlaczego? – pytam. Sądzę, że poradziłbym sobie z kwestią celibatu – ale to, co mnie najbardziej przeraża to kwestia SAMOTNOŚCI. Hmm – pomyślałem sobie – no jest to jakiś argument, choć osobiście trudno mi go zrozumieć. Jakoś tak się składa, że osobiście szukam samotności – napiszę więcej – jestem „żebrakiem samotności”. Swego czasu dość intensywnie zastanawiałem się nad pójściem do kamedułów, mówiąc sobie – tam znajdę spokój. Nie wszystko stracone… – choć jeszcze nie odpowiedziałem sobie, czy byłoby to powołanie – czy może ucieczka przed światem? Jaki z tego wniosek, nie zawsze musi być tak, że samotność będzie wielkim „monstrum” straszącym potencjalnego kandydata do seminarium.

Sądzę, że kwestię samotności powinno się rozpatrywać w innym wymiarze. Nie chodzi o to, że mogę mieć pusto w domu, choć to też dość ważna sprawa, ale bardziej o to, że mogę odczuwać pustkę – nawet będąc wśród ludzi. Samotność ma różne wymiary – jednym z nich jest ta, której sam najbardziej się boję. Jako ksiądz, nie powinienem narzekać, na samotność. Nie ma dnia, abym nie spotykał się z ludźmi. Jest to zawsze okazja do tworzenia relacji. Takie okazje należy dobrze wykorzystywać, aby poczuć radość spotkania. Są jednak takie osoby, które nie umieją tych szans wykorzystać. Można widzieć ludzi, spotykać się z nimi, ale jednocześnie żyć jakąś pustką. Ta samotność rzeczywiście może wzbudzać lęk. Niby jestem wśród ludzi – a jakbym był ciągle obok. Może to wynik, jakiejś pustki duchowej?

W jednej ze swoich krótkich audycji, ks. M. Maliński powiedział, że samotność, której często się boimy jest potrzebna. Ona jest jednym z dwóch kół, – to drugie symbolizuje zgiełk, hałas itp. Żeby życie mogło się rozwijać (żeby wózek mógł dalej jechać) to jedno i drugie kółko muszą być jednakowe, jeśli któreś jest za duże, to się można tylko obracać wokół własnej osi.

Potrzebujemy w życiu samotności. Nie można jej odrzucać. Ważne jest jak ją wykorzystamy. Jak ją pojmujemy.

A co do kapłaństwa – sądzę, że wszystko zależy od danej osoby. Bo albo ktoś będzie sobie zjednywał ludzi i zawsze będzie miał się z kim spotkać, albo będzie księdzem „nie do życia”. Wtedy nie ma się co dziwić, że plebania będzie miejscem tabu, a każdy będzie miał lęk przed odwiedzeniem jej. Osobiście lubię plebanię pełną ludzi. W swoim kapłaństwie doświadczyłem wielu księży, którzy zawsze progi tego parafialnego domu otwierali. Jeden z moich proboszczów nawet mówił – cieszę się, że jesteście, bo dzięki wam plebania żyje. Znam też niestety proboszczów, którzy byli tak nieufni do ludzi, że zawsze wejście na plebanię było utrudnione. No cóż, może i czasami zdarzały się jakieś kradzieże, ale mimo wszystko osobiście wolę zaryzykować i ludziom zaufać. Pusta plebania świadczy też o duszpasterzu.

Bracie jeśli więc myślisz o kapłaństwie, a boisz się samotności – to raczej najpierw zadaj sobie pytanie, czy samotność cię zabija i dlaczego się jej boisz oraz czy ludzie Cię lubią. Jeśli ludzie uciekają od Ciebie – to rzeczywiście nie ma co iść w kapłaństwo. Tam ludzi spotkasz na każdym kroku – więc może lepiej oszczędzić im traumy. Ale jeśli kochasz ludzi – to zapraszam w progi seminarium. Zresztą to samo tyczy się małżeństwa – ono też rodzi się w relacjach!