JESTEM WARIATEM...?

JESTEM WARIATEM…?

Przyszedł do mnie niedawno pewien chłopak z dość poważnym dylematem. Na pierwszy rzut oka, wydawało się wszystko bardzo proste do wyjaśnienia – ale jak to bywa w życiu, to co z zewnątrz wydaje się łatwe, często sprawia wiele problemów.

Nie chcę opisywać jego życia, bo nie o to chodzi, ale raczej poruszyć sedno problemu. Jego historia jest iście Jeremiaszowa – nic dodać – nic ująć! Od dziecka był ministrantem, często angażował się w różne parafialne propozycje. Później poszedł na studia, poznał dziewczynę – i wszystko byłoby w porządku gdyby nie jego mały (w perspektywie czasu – jak to mówi – duży problem). Przez cały ten czas od studiów – po pracę nie przestaje mówić o Bogu. Wszystkie rozmowy ze znajomymi obracają się wokół wiary. Niektórym to się nawet podobało, ale jak przyszło co do czego, to innym udawało się ustabilizować w życiu, a jemu jeszcze nie. Nawet z dziewczyną nie wyszło.

Coraz bardziej przekonuje się, że ludzie nie chcą słuchać o Bogu. A jego ciągłe powracanie do tematu już wszystkich odstrasza. Próbował powalczyć z tym problemem – mówiąc sobie – nie będę już wracał do tematu Boga, ale nie zawsze wychodziło. Kiedy widział, że coś jest nie tak, w życiu innych od razu pojawiał się wątek Boga i wiary. Zresztą jak sam stwierdził – nie umie się tego wyzbyć.

Idę do sedna – teraz przychodzi pełen goryczy mówiąc – przegrałem życie. Co mi dało to dawanie świadectwa? Wszyscy jakoś układają sobie życie, a ja nie… patrzą na mnie jak na wariata. A do tego coraz częściej czuję, że i tak nikt tego nie słucha. Co z tego, że się wysilam – ludzie nie chcą słuchać o Bogu! Z jednej strony – chcę być jak to niektórzy mówią „normalny” – jak inni, z drugiej strony nie umiem – bo chcę głosić Boga, chcę o Nim mówić. Proszę księdza, gdzie popełniłem błąd… a może jestem chory psychicznie i powinienem iść do psychiatry. A może Bóg mnie zostawił, lub może to jest jakieś szatańskie, a nie Boże prowadzenie?

Wysłuchałem Go – choć pewnie nie do końca – bo musiałem iść na mszę. Nie miałem wiele do powiedzenia – bo temat trudny, a ja musiałem się z nim przespać. Wróciłem do księgi Jeremiasza i napotkałem tam kilka fragmentów, które przypominają mi ten opisany:

„Moje łono, moje łono! Wić się muszę w boleściach!
Ściany mego serca!
Burzy się we mnie serce –
nie mogę milczeć!
Usłyszałem bowiem dźwięk trąbki,
wrzawę wojenną.
„Klęska za klęską” – wieść niesie,
bo uległa spustoszeniu cała ziemia.
Natychmiast zostały zburzone moje namioty,
w mgnieniu oka – moje szałasy.
Dokądże mam oglądać godła wojenne
i słuchać dźwięku trąb?
«Tak, niemądry jest mój naród,
nie uznają Mnie.
Są dziećmi bez rozwagi, nie mają wcale rozsądku.
Mądrzy są w popełnianiu nieprawości,
lecz dobrze czynić nie umieją»…”

Biada mi, matko moja, żeś mnie porodziła,
męża skargi i niezgody dla całego kraju.
Nie pożyczam ani nie daję pożyczki,
a wszyscy mi złorzeczą.
 Naprawdę, Panie, czy nie służyłem Tobie jak najlepiej?
Czy się nie wstawiałem u Ciebie za nieprzyjacielem
w czasie jego nieszczęścia i niedoli?
 «Czy żelazo może pokruszyć, Jr 15, 10-12

Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłem się uwieść;
ujarzmiłeś mnie i przemogłeś.
Stałem się codziennym pośmiewiskiem,
wszyscy mi urągają.
Albowiem ilekroć mam zabierać głos,
muszę obwieszczać:
«Gwałt i ruina!»
Tak, słowo Pańskie stało się dla mnie
codzienną zniewagą i pośmiewiskiem.
I powiedziałem sobie: Nie będę Go już wspominał
ani mówił w Jego imię!
Ale wtedy zaczął trawić moje serce jakby ogień,
nurtujący w moim ciele.
Czyniłem wysiłki, by go stłumić,
lecz nie potrafiłem. (…)

 Niech będzie przeklęty dzień, w którym się urodziłem!
Dzień, w którym porodziła mnie matka moja,
niech nie będzie błogosławiony!
Niech będzie przeklęty człowiek,
który powiadomił ojca mojego:
«Urodził ci się syn, chłopiec!»
sprawiając mu wielką radość.
Niech będzie ów człowiek podobny do miast,
które Pan zniszczył bez miłosierdzia!
Niech słyszy krzyk z rana,
a wrzawę wojenną w południe!
Nie zabił mnie bowiem w łonie matki:
wtedy moja matka stałaby się moim grobem,
a łono jej wiecznie brzemiennym.
Po co wyszedłem z łona matki?
Czy żeby oglądać nędzę i utrapienie
i dokonać dni moich wśród hańby? Jr 20, 7-18

Nie polecam nikomu znaleźć się w takiej sytuacji. Zadałem sobie pytanie, czy to wszystko nie ma sensu: Zaraz znalazłem kolejny fragment:

„Dlatego to mówi Pan:
«Jeśli się nawrócisz,
dozwolę, byś znów stanął przede Mną.
Jeśli zaś będziesz wykonywać to, co szlachetne,
bez jakiejkolwiek podłości,
będziesz jakby moimi ustami.
Wtedy oni się zwrócą ku tobie,
ty się jednak nie będziesz ku nim zwracał.
 Uczynię z ciebie dla tego narodu
niezdobyty mur ze spiżu.
Będą walczyć z tobą, lecz cię nie zwyciężą,
bo Ja jestem z tobą,
by cię wspomagać i uwolnić –
wyrocznia Pana.
 Wybawię cię z rąk złoczyńców
i uwolnię cię z mocy gwałtowników» Jr 15, 19-21

I dalej:

Uzdrów mnie, Panie, bym się stał zdrowym;
ratuj mnie, bym doznał ratunku.
Ty bowiem jesteś moją chlubą. Jr 17, 14

Być uczniem Boga – to nie łatwa sprawa. Na każdym kroku widać, że traci się w jakiś sposób tzw. życie doczesne (można powiedzieć – dla tego świata jest się przegranym). Najciekawsze z tego wszystkiego jest to, że takie myślenie powoduje odejście od Boga. Dlatego u Jeremiasza można znaleźć stwierdzenie – „Jeśli się nawrócisz dozwolę, byś znów stanął przede mną”.

Myślenie, że traci się życie jest błędne – czytając Pismo Święte można w wielu miejscach zobaczyć, że właśnie w ten sposób życie się zyskuje. Ale pod jednym warunkiem – że pójście drogą wiary i rezygnacji, nie jest brane tylko w kontekście ciężaru, ale staje się przywilejem. Chodzi o to, że to ma być dla mnie wielki zaszczyt, być w służbie Boga, być Jego żołnierzem.

W dawnych czasach żołnierz, który walczył w imię swego króla – był dumny, że mógł za niego umrzeć, był dumny, że przyczynił się do obrony narodu. Ksiądz Pawlukiewicz w jednej ze swoich konferencji powiedział, że w czasie wojny byli tacy co, nas napadli – wrogowie, byli też tacy co walczyli z nimi, ale 70 procent społeczeństwa w tych trudnych warunkach uczyło się jak przetrwać i aby żyć. Tak też jest z życiem i wiarą. Tym, który nas napada jest szatan. Ci którzy z nim walczą, to owi Boży bohaterowie. Ale jest wielka grupa ludzi, którzy jakoś żyją i próbują się dostosować do obecnie panujące sytuacji. Ale nie ulega wątpliwości, że dzięki tym, którzy walczyli ze złem, te 70 procent żyje dziś w wolności.

Nie sądzę, że to dziwne wyróżnienie jest bezsensowne i przegraną. Wręcz przeciwnie – to wszystko ma sens i znaczenie jeśli nawet tego dziś nie widzimy. To dzięki tym bohaterom, często Bóg okazuje ludziom miłosierdzie. Niech przykładem będzie Abraham, który bronił Sodomy i Gomory, czy wielu innych.