I gdzie tu nadzieja?

I gdzie tu nadzieja?

Długo się zastanawiałem czy dodać ten wpis – ale po wielu przemyśleniach stwierdziłem, że nie mogę tego dłużej w sobie nosić.

Działo się to kilka dni temu. Spotkałem alkoholika, który z wielką stanowczością nalegał, aby mu dać pieniądze – ewentualnie, żeby kupić coś do jedzenia. Nie mogłem iść od razu, więc poprosiłem, aby poczekał, bo w tym momencie z grupą ludzi mieliśmy modlitwę. Zaprosiłem go, aby się pomodlił z nami. Z lekkim oporem – został. Po skończonej modlitwie zaczął domagać się swojego. Pomyślałem sobie – mam jeszcze sporo rzeczy na głowie, więc dam mu 10 zł – niech sobie idzie. W duszy wiedziałem, że nie wyda tych pieniędzy na jedzenie. Nie – myliłem się! Mimo, że dałem mu pieniądze – chciał abym został i go wysłuchał. Dość niewyraźnym głosem opowiadał mi o historii swojego życia. Zapytałem go – dlaczego swoje życie zapija – co się stało? Po chwili ciszy ruszyliśmy w drogę – a on, niezbyt składnie zaczął opowiadać – jak to żona go zostawiła, a córka jest dla niego za mądra… Między czasie, gdzieś pod bramą postanowił się „odlać” nie zważając na to, że stoję koło niego. Po skończonej czynności poszliśmy dalej. On opowiadał jak był w neokatechumenacie, jak stracił pracę, wreszcie jak fascynował się książkami Paula Coelho. Później kazał mi czekać – a sam poszedł do sklepu całodobowego – wyszedł z niego z butelką jakiegoś alkoholu. Pomyślałem sobie – to ładnie się przyczyniłem – do poratowania człowieka… Mówię mu – nie po to Ci dałem pieniądze. On do mnie – a myślałeś, że co kupię? – Jakby odczytał moje myśli, które wcześniej pojawiły się w mojej głowie, kiedy chciałem uciec od niego jak najszybciej. Po wyjściu ze sklepu – idąc obok mnie pił z „gwinta” – jakby było mu to obojętne, że idzie obok niego ksiądz w sutannie. Następnie kontynuował swoją historię. Gdzieś na Rynku zaczepił siedzących pod parasolami i wyciągnął od nich jakiegoś „szluga”. Coraz trudniej się z nim rozmawiało, ale prosił o to, abym się pomodlił za niego – choć nie widzi dla siebie nadziei – a potem dodał – dobrze, że cię spotkałem.

Długo nie wiedziałem co o tym myśleć. Przed moimi oczami rozgrywała się tragedia ludzka i upadek godności. Ból i zawód mieszał się z szukaniem ratunku i pragnieniem głośnego wołania o pomoc. Kiedy się rozstawaliśmy – mój współtowarzysz był kompletnie pijany – nie chciał już słuchać – odlatywał w świat coraz bardziej nierealny. Coraz bardziej znieczulony przez ten alkohol, który poniekąd mu zafundowałem, a którego nie byłem w stanie mu odebrać – leczył swój ból. Poczułem swoją bezradność – nie byłem w stanie już nic mówić, co mogłoby mu wlać nadzieję. Tyle co zdążyłem powiedzieć, to że chciałbym jeszcze raz się z nim spotkać – w sytuacji kiedy będzie trzeźwy i na nowo tej historii posłuchać. Może ponowne spotkanie będzie okazją ku temu, aby spróbować coś zmienić. Czy do niej dojdzie – nie wiem!?

Z jednej strony rodził się we mnie bunt, że nie mogłem nic zrobić, że dałem mu te pieniądze, które wydał na ten „badziewny alkohol”, że to wszystko niesprawiedliwe, kiedy patrzyłem na jego biedę i na swoje stabilne życie. Dziś proszę Boga o to, aby to spotkanie dało mu jakiś impuls do jakiejkolwiek zmiany, że nie ma sytuacji, w których nie tliłaby się odrobina nadziei. Panie daj mu siłę do powrotu. Sam proszę Cię o to, abym w swojej bezradności jeszcze więcej Tobie ufał. Oto modlitwa na dziś!