Gorzkie żale... i fochy

Gorzkie żale… i fochy

        Ciekawe doświadczenie miałem tydzień temu po zakończonej mszy świętej… Zacznę może od początku :). Raz na jakiś czas mówimy u siebie w kościele – na mszy wieczornej poza niedzielą – homilię – mamy taki zwyczaj (bardo dobry – moim zdaniem). Tydzień temu była ewangelia według św. Łukasza o tym jak Jezus upominał tych wszystkich, którzy nie potrafią właściwie odczytać przesłania Bożego i  sposobu jego przekazania. Porównał On ludzi – do dzieci, które bawią się na rynku – „Przygrywaliśmy wam, a nie tańczyliście; biadaliśmy, a wyście nie płakali…”. Była to dla mnie szczególna okazja, aby zwrócić wiernym uwagę na – powiedziałbym – naszą przywarę narodową, którą jest narzekanie. Myślę, że nie trzeba daleko szukać – wystarczy posłuchać – jak często nie pasuje nam pogoda – a to za ciepło, a to za zimno, trochę mokro czy sucho… Ciężki orzech ma Pan Bóg do „zgryzienia”, słuchając ludzkiego niezadowolenia. To, jak z ludźmi na pustyni, którym ciągle coś nie pasowało – i chętni byli nawet, wrócić do niewoli. Dziwni są też ludzie, którzy widząc Jana Chrzciciela – poszczącego – nazwali go opętanym przez złego ducha, a zaraz potem patrząc na Jezusa okrzyknęli go pijakiem i żarłokiem. I bądź tu człowieku mądry… Prawdziwe jest to powiedzenie „Jeszcze się taki nie urodził – co by wszystkim  dogodził”.

        Ale wracając do tego co chciałem na początku napisać. Wydawało mi się, że homilię powiedziałem dobrą, przynajmniej wierni obecni w kościele nie spali. A nawet zauważyłem się, że niektóre osoby ze wzrokiem utkwionym – aprobująco kiwały głowami. Mam nadzieję, że nie liczyły ile za mną paliło się kinkietów, a kiwanie nie było wynikiem tego, że niektóre mogłem zastawiać głową. Po zakończonej mszy świętej – wychodząc z zakrystii spotkałem dwie panie, które z wielką pretensją odniosły się do zachowania kościelnego. Zapytałem grzecznie, co się stało? Okazało się, że msza skońcyła się o 18.40, a panie chciały posiedzieć w kościele do 19.00. Pan kościelny widocznie poprosił już o opuszczenie kościoła bo pewnie, już chciał jechać do domu. Cały dzień był poza nim – wiec trochę się nie dziwię. Pewnie na modlitwę jeszcze trochę czasu było – raczej nie wygania się ludzi zaraz po błogosławieństwie. Zastanowiło mnie jeszcze jedno – dlaczego do 19.00 – czy to jakaś magiczna liczba. ..? Mniejsza o to – pewnie panie miały trochę racji i kościelny pewnie – trochę też. Panie wyszły rozżalone – z informacją, że o proboszcza to na pewno się obije.

      Nie  pisałbym o tym – gdyby nie to, że parę minut wcześniej mówiłem o tym, aby mieć umiejętność przyjmowania tego, co nam życie przyniesie. Aby uczyć się, doceniania wszystkiego, bez ciągłego narzekania i pretensji. Może właśnie w ten sposób dojrzewamy. Co ciekawe – pierwsze czytanie, które w tym dniu było czytane – to słynny hymn o miłości – gdzie można uslyszeć  – „Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest… Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma…” Czy gdzieś tutaj brakło miłości – a emocje wzięły górę. Msza się skończyła – do domu człowiek winien iść umocniony, a tu – taki żal – o 15 minu poszło! Nie szukam winnych – ani nawet racji – ale zastanawiam się – czy słowo Boże – to słowo Boże, a życie, to życie!?