Dobrze mi z tym...

Dobrze mi z tym…

Dzisiaj odwiedziłem pana Michała Płoskiego. Trochę pogadaliśmy sobie, o naszych spostrzeżeniach, co do duszpasterstwa i o tym, jak zadbać o swoją duchowość. W pewnym momencie pan Michał powiedział, że aby przekraczać różnego rodzaju granice, aby wychodzić na obrzeża, należy najpierw oderwać się od tego, co nam na to nie pozwala. Należy oderwać się od różnych przywiązań i przyzwyczajeń. To, co nas krępuje, często wyrażane jest w powtarzanych słowach – „Nic to nie zmieni” oraz „Po co zmieniać, to co już jest znane”, „Dobrze mi z tym, co teraz jest”. Niestety – jeżeli wychodzi się z tego założenia, to łatwo dojść do wniosku – Kościół to ludzie (my) – jeśli kierujemy się takimi zasadami – to nie ma się co dziwić, że Kościół się nie zmienia. Bo my się nie zmieniamy. We wtorek mówiłem na kazaniu, że jeśli chcesz się oderwać od ziemi, to systematycznie musisz pozbywać się balastu, który nie pozwala się oderwać. Tym balastem są właśnie różnego rodzaju przywiązania, które trzymają człowieka jakby na uwięzi. Niby jest dobrze – a jednak – coś nie tak. Jakby człowiek nie mógł w pełni być wolnym, albo nie umiał zaufać Bogu. I tak jest, nie da się pozbyć czegoś co lubię, co jest fajne, co błyszczy – jeśli nie ufa się Bogu. Lepiej mieć jakiś zapas, tak na wszelki wypadek – gdyby jednak Boga nie było, albo o mnie zapomniał. Zaraz po mszy, ktoś z ironią powiedział – to mogę iść do twojego domu – i coś od Ciebie sobie wziąć, skoro mówisz o pozbywaniu się rzeczy. Problem w tym, że to nie kwestia udowodnienia sobie, że mogę Ci coś dziś dać, czy nie dać – tylko tego, czy jeślibyś dziś miał coś poświęcić, stracić, nie w ramach udowadniania sobie – czy jeszcze byłbyś w stanie trwać przy Bogu, czy byłbyś w stanie to coś poświęcić. Ktoś zaraz dodał – ja mogę też wszystko dać! Zresztą i tak żyję po to, aby moim dzieciom było dobrze i im wszystko daję – a gdyby Bóg zażądał od Ciebie – dziś – dzieci? Je też trzeba Mu oddać!… Nie da się więc, robić wielkich rzeczy, jeśli trwamy w przywiązaniu do czegoś lub kogoś. Pamiętam – jak byłem młodszy – i miałem stanąć przed komisją wojskową – wtedy wojsko było obowiązkowe – to szedłem tam z przekonaniem, że i tak nie pójdę – jak mógłbym zmienić swoje plany i opuścić bliskich – to co zwalniało z pójścia do wojska – to choroba i studia. Nie byłem w stanie się wtedy oderwać – ponieważ wojsko było dla mnie perspektywą nieznaną i trudną. Studia – pomogły… A może coś mi wtedy umknęło, strach stał się przeszkodą do zaryzykowania. Kiedy sięgam pamięcią wstecz widzę – jak od wielu rzeczy uciekłem. Może nie wszystkie musiały być dobre… Nie wiem… Ale mam nadzieję, że nie zmarnowałem jakiejś okazji do znalezienie Boga… albo pokazania Go innym…