Dlaczego trzeba walczyć z grzechem

Dlaczego trzeba walczyć z grzechem

Możliwe, że jestem zacofany, ale uczono mnie inaczej. Zawsze mi mówiono, aby nie uciekać przed problemem, ale aby stawić mu czoła. Coraz częściej zauważam, że w wielu wymiarach odchodzi się od tej zasady. Coraz częściej słyszę, jeśli masz jakiś problem to postaraj się go zaakceptować.

Może spróbuję od początku – wszedłem dziś w dyskusję na temat grzechu. Wśród wymienionych pojawił się ten – tzw. wołający o pomstę do nieba – do którego należy grzech sodomski. I od tego się zaczęło.

– Przecież jak, ktoś się kochają, to nie jest to grzechem – stwierdziła jedna dziewczyna…

Hmm – no niby tak – choć nie do końca się zgodzę. Często mijamy się z rozumieniem słowa – kocham – to po pierwsze, a po drugie miłość źle przeżywana – może nawet zabić. I proszę mnie tu dobrze zrozumieć – nie chodzi mi o to, że ktoś oddaje życie z miłości – tylko źle przeżyta miłość może być samobójstwem. Oczywiście nie miałem czasu na to, aby przekrzykiwać się w argumentach, zresztą, znam to ze szkoły – możemy zarzucać się przykładami, a i tak każdy zostanie przy swoim. Bo w tej rozmowie nie chodziło o poszukiwanie prawdy, ale o udowodnienie – kto ma rację. No cóż, gdyby pod lupę wziąć dekalog – też nie ze wszystkim ludzie by się zgodzili.

Dlaczego?

Jaki jest wniosek… Coś się z naszym społeczeństwem dzieje, że trudno nam stwierdzić co jest grzechem, a co nim nie jest. Stosunek do wielu spraw moralnych został tak rozmyty, że w sumie to wszystko można jakoś usprawiedliwić i wytłumaczyć. Zazwyczaj u podłoża jest przecież, jak to niektórzy mówią – miłość i szczęście. Zresztą, jeśli stoi się w obliczu grzechu, to łatwiej jest go zaakceptować niż podjąć z nim walkę.

Jeśli nie jesteśmy w stanie do końca określić grzechu – czyli jaką jesteśmy zainfekowani chorobą, to w konsekwencji nie będziemy potrafili, się z niej wyleczyć. Aby leczenie przebiegło pomyślnie, powinna najpierw być postawiona diagnoza. Coraz częściej jest z tym problem. W związku z tym przyjmuje się inną postawę w osiąganiu owego szczęścia i miłości. Ta postawa – to akceptacja siebie! Polega to na tym, że jeśli widzisz w sobie jakieś braki, czy coś co może być grzechem (chorobą ducha), to spróbuj to zaakceptować. Po prostu – takim jesteś i takim Cię Bóg stworzył. Wszystkie twoje wady i grzeszki są wypadkową twojego stworzenia. Zresztą Pan Bóg cię zna i  wie, że jesteś słaby. Jeśli zaakceptujesz aktualny stan – będziesz miał pokój ducha i będziesz radosny.

I to jest postawa z którą się nie zgadzam! Akceptowanie choroby, nie jest jakąś cudowną terapią. To nie jest leczenie. Bo to, że w chorobie powiem sobie, jest wszystko ok i jakoś z tym trzeba żyć, nie czyni mnie zdrowym. Mam świadomość, że są choroby z których nie jesteśmy się w stanie wyleczyć, ale wiem, że cuda się zdarzają. Człowiek, który nie spróbuje się leczyć, nie będzie szukał pomocy, wsparcia – nie będzie miał szansy na zdrowie i nie dowie się czy jest to choroba uleczalna, czy nie!

Co jest jeszcze ważne – są też choroby zaraźliwe – i jeśli nie podejmie się leczenia, to można kogoś zarazić. Proszę mnie dobrze zrozumieć – nie piszę tutaj o chorobach ciała – choć często podobnie to wygląda – ale o chorobie ducha. Nie wolno nam rezygnować z walki ze swoimi słabościami. Może być tak, że będzie się walczyło nawet całe życie. Ktoś powie – to po co walczyć, skoro nie ma gwarancji? Myślę, że po to, aby przez tę walkę z grzechem, powstrzymywać jego rozwój.

Wreszcie podejmując walkę z chorobą, można stać się silniejszym. Każde zwycięstwo, jest zachętą do tego, aby nigdy się nie poddawać. Kiedyś przeczytałem taką sentencję – „Przegrywają ci, którzy nawet nie próbowali walczyć. Nigdy nie ma porażek, – ani zwycięstw ostatecznych bo dzisiejsza porażka może być jutrzejszym zwycięstwem”.

Wolę więc brać przykład z tych, co wytaczają wojnę grzechowi, niż z tych, co mówią tak już jest, takie jest życie, taki jest świat itp.

Panie stoję przed Tobą jako grzesznik – proszę Cię daj mi siłę do ciągłego powstawania. Nie chcę, aby grzech mnie opanował. Chcę należeć do Ciebie, podnosząc się z moich ułomności.