24.01.2014

Właśnie przygotowuję się na spotkanie z Apostolatem Maryjnym i fragment na którym opieram swoje rozważania jest z Ewangelii według św. Mateusza – Mt 25, 31-46. Fragment ten opisuje sąd ostateczny – przeplatany konkluzją – jak refren – „Wszystko co uczyniliście jednemu z tych najmniejszych moich, mnieście uczynili”. Doszedłem do takiego wniosku – mamy żyć miłością – zresztą – ona nas ogarnia całych – potrzebujemy jej i chcemy się nią dzielić. Robimy jednak rozróżnienia – ktoś jej dostaje od nas mniej a ktoś więcej – z jednaj strony to nic dziwnego – przecież nie ze wszystkimi mamy takie same relacje, ktoś może potrzebować więcej troski i miłości, a ktoś mniej. Ale ogólnie czyny powinny być oparte na niej. I oto moja konkluzja – nas ludzi, którzy idziemy drogą Chrystusa powinno bardziej boleć to, że czegoś z miłości nie zrobiliśmy, niż jakiekolwiek inne słabości. Często obracamy się wokół swojego czubka nosa widząc tylko grzech w formie nałogów, upadków. Często koncentrujemy się na cierpieniu, który może ktoś nam zadał, mówiąc jak podły jest ten świat i niesprawiedliwy. Czasami szukamy pociech w tym by ktoś nas docenił i zauważył itp. I to często nazywamy cierpieniem. A i często w związku z tym popadamy w obojętność, bo czy w ogóle warto w imię czegoś się poświęcać itd…. Ból jest obecny…. Ale moim zdaniem, jeśli jest – przypominając o tym, ze coś jest nie tak – jak ból przy pojawiającej się chorobie, na który trzeba szybko reagować – to w samej rzeczy, największy powinien być wtedy kiedy sobie uświadomię, że mogłem coś zrobić z miłości a tego nie zrobiłem ….. bo niby – brak czasu, strach, lenistwo, obojętność, zgorzknienie, nienawiść, pycha i jeszcze pewnie wiele innych wymówek – nie dziwię się Bogu, że z miłości będziemy sądzeni.